https://www.plastech.pl/wiadomosci/polski-przemysl-chemiczny-w-miedzynarodowym-roku-chemii-5153 · 11.09.2026

Polski przemysł chemiczny w Międzynarodowym Roku Chemii

2011-08-17
Polski przemysł chemiczny w Międzynarodowym Roku Chemii

Polska chemia to zarówno poprawiające się wskaźniki finansowe i rosnąca wartość przychodów osiąganych ze sprzedaży, ale również niepewność jutra wynikająca z licznych zagrożeń przekraczających możliwości kierujących rodzimymi firmami. Jaki jest więc prawdziwy obraz branży w trakcie Międzynarodowego Roku Chemii?

Wpierw krótkie wyjaśnienie. Otóż Międzynarodowy Rok Chemii wyznaczony został przez ONZ na bieżący rok w sposób nieprzypadkowy. Obchodzimy właśnie setną rocznicę otrzymania przez Marię Skłodowską – Curie Nagrody Nobla. Tym samym więc mamy do czynienia z wydarzeniem tyleż międzynarodowym, co i typowo polskim. Dlatego z tej okazji warto pokusić się o szerszą analizę krajowego przemysłu chemicznego, którego jednym z filarów jest sektor tworzyw sztucznych.

Liczby wywołują uśmiech
Same dane statystyczne są dla polskiej branży chemicznej co najmniej dobre. W 2010 r. wartość sprzedaży przemysłu chemicznego wyniosła 102,6 mld zł i była aż o 15,7 proc. lepsza niż w roku go poprzedzającym. Stanowiło to 9,2 proc. wartości sprzedaży przemysłu ogółem. W Niemczech wartość ta przekracza 15 proc.

Międzynarodowy Rok Chemii

Wynik finansowy netto przemysłu chemicznego oszacowano na 2,3 mld zł i było to już o 77 proc. lepiej w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Ponadto o 1,5 proc. podskoczyło w branży zatrudnienie, a sprzedaż produkcji wyrobów chemicznych zwiększyła się o 12 proc. Na przestrzeni minionego roku o 22 proc. poprawiła się wartość importu produktów chemicznych, a o 31 proc. była wyższa dynamika eksportu.

Niestety tak samo jak w latach wcześniejszych w przemyśle chemicznym utrzymywała się nadwyżka importu nad eksportem, a ujemne saldo handlu zagranicznego zwiększyło się z 7,2 mld euro do 7,4 mld euro w 2010 r., co stanowiło aż 55 proc. całkowitego deficytu obrotów handlu zagranicznego Polski. Wielkość ta pokazuje ogromne znaczenie przemysłu chemicznego dla całej gospodarki oraz czyni arcypilną sprawą konieczność jego dalszego rozwoju, gdyż zmniejszanie deficytu w handlu zagranicznym jest rzeczą oczywistą, której nie trzeba nawet szerzej tłumaczyć.

Tyle żmudnego przedzierania się przez liczby i procenty, które jak zawsze pokazują sporą część prawdy, ale są jedynie narzędziami, przy pomocy których formułuje się oceny.

Wróciło branżowe ożywienie
Patrząc na wyniki trzeba koniecznie pamiętać o tym, co działo się na rynku choćby w 2009 r. Wtedy to chemia, jak rzadko która branża, przeżywała okres dekoniunktury wywołanej ogólnoświatowym kryzysem. Teraz jednak tendencje już się odwróciły, co pokazuje choćby lektura raportów przygotowywanych przez największe krajowe spółki. Rosną wolumeny sprzedaży w nawozach i tworzywach. Wciąż jednak nie zwiększają się marże i rentowność. Tak czy owak jednak nastroje w poszczególnych przedsiębiorstwach zdają się wskazywać na umiarkowany optymizm.

Dla przykładu Ciech cieszy się z faktu osiągnięcia stabilności, do której doszło m.in. poprzez restrukturyzację finansową i zatrudnieniową. Załoga w ostatnich kilkunastu miesiącach zmniejszyła się z 7,5 tys. osób do 6,5 tys. Czy w wypadku państwowej spółki radość z tytułu redukcji zatrudnienia winna być głównym źródłem zadowolenia, to już temat do oddzielnych dyskusji.

Stały wzrost przychodów notują Azoty Tarnów, które wyrosły na głównego rozgrywającego w nadwiślańskiej chemii. Przejęcie przez małopolską firmę spółki ZAK ocenione zostało jako jedno z najważniejszych wydarzeń w branży na przestrzeni ostatnich lat i ma pozwolić na to, by Azoty wyeliminowały m.in. brak wystarczających zdolności produkcyjnych amoniaku i kwasu azotowego, którego producentem jest właśnie ZAK. Także zaangażowanie Tarnowa w Zakłady Chemiczne Police odbierane jest w kategoriach pomyślności. Policka spółka wydawały się już być na skraju bankructwa, ale ostatnie półtora roku przyniosło poprawę, której ostatecznym zwieńczeniem może być sojusz z Tarnowem. Doprowadzi on do powstania nie tylko największej grupy chemicznej w Polsce, ale oczekiwania są wręcz takie, że będzie to podmiot skutecznie konkurujący ze światowymi liderami w branży nawozowej.
Czy tak się stanie, zobaczymy. Zresztą o ruchach konsolidacyjnych będzie w dalszej części artykułu.

Także ZA Puławy, czyli jeszcze jeden z dużych graczy krajowej chemii, mają już za sobą najcięższy okres. W kwietniu sfinalizowały nawet jedną z największych inwestycji w branży w ostatnich latach. Zbudowały instalację do separacji powietrza tzw. nową tlenownię oraz zintensyfikowały produkcję amoniaku i mocznika. Obydwa te projekty kosztowały blisko pół miliarda złotych. Stale rosnącą koniunkturę przeżywa też w ostatnich miesiącach Synthos.

Polska chemia

Gąszcz zagrożeń
Skoro jest tak dobrze jak napisano, to dlaczego jest tak wiele znaków zapytania w kontekście przyszłości krajowej chemii? Wpływają na to trzy rzeczy.

Po pierwsze są to zewnętrzne uwarunkowania, na które same firmy nie mają wpływu. Po drugie dużą rolę wciąż odgrywają nierozwiązane problemy z przeszłości, skutkujące rozczłonkowaniem branży, a nie ją jednoczące. Po trzecie wreszcie, fatalna sytuacja budżetowa kraju w obliczu której rząd – jeśli po jesiennych wyborach obecny układ koalicyjny zostanie odtworzony – może chcieć czym prędzej pozbyć się państwowych firm, by załatać dziurę w publicznych finansach. To, iż nie jest to czarne wróżbiarstwo potwierdzają gry prowadzone wokół wprawdzie niechemicznego, ale też państwowego Lotosu.

Gaz i energia w polskiej chemii
Jednym z podstawowych i wciąż narastających problemów branży chemicznej pozostają ceny gazu ziemnego, który jest wykorzystywany do dalszego przerobu i jako paliwo. Przykładowo u niektórych producentów nawozów gaz ziemny i energia elektryczna stanowią nawet do kilkudziesięciu procent kosztów. Na dłuższą metę jest to układ uniemożliwiający jakikolwiek rozwój firmy i jej inwestycje. Problem, czemu trudno się dziwić, dostrzegają oczywiście stojący na czele poszczególnych firm.

O tym, że ma on bardzo konkretne przełożenie na działalność polskiej chemii pokazuje choćby przykład sprzed dwóch lat, gdy to na skutek właśnie ceny gazu po raz pierwszy od zakończenia II Wojny Światowej więcej nawozów kupiliśmy niż ich wyeksportowali. I to tyle w temacie gazu.

- Sytuacja byłaby lepsza, gdyby ceny gazu jako surowca były na poziomie krajów europejskich. Wtedy moglibyśmy mówić o konkurencyjności – mówi bez ogródek Marian Rybak, wiceprezes Puław.

Brak dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w gaz oznaczający uzależnienie od jednego dostawcy spowodowały, że w okresie, w którym zagraniczni konkurenci obniżali ceny produktów w związku z niskimi cenami gazu ziemnego, polscy producenci nie mieli możliwości nabycia tego surowca po niższych cenach. I niestety wciąż mieć nie będą.

Wiadomo, że gaz pozyskujemy z Rosji. I realia są takie, że za sprawą wynegocjowanej nie tak dawno temu przez rząd Platformy Obywatelskiej umowy Polska zapłaci za tysiąc metrów sześciennych 336 dolarów, podczas gdy np. Francja płaci 306 dolarów, Rumunia 304 dolary, Niemcy 271 dolarów, a Wielka Brytania 191 dolarów. Przy czym koniecznie trzeba wyjaśnić, że na cenę gazu wpływa w głównej mierze koszt surowca – teoretycznie winien on być równy dla wszystkich, jak również jego przesył – co z oczywistych względów powinno oznaczać, że dla korzystającej z najkrótszego przesyłu Polski winien on być najniższy.

Tymczasem płacimy o wiele więcej niż kraje zdecydowanie bardziej wysunięte na zachód, co w odniesieniu do „serdecznej przyjaźni”, jaka połączyła niedawno nasze kraje brzmi cokolwiek zdumiewająco i raz jeszcze potwierdza tezę, że gaz jest w przypadku Rosji elementem przynależnym do polityki, a nie do biznesu. O talentach polskich negocjatorów lepiej milczeć.

Innym uwarunkowaniem zewnętrznym jest także rygorystyczna polityka środowiskowa Unii Europejskiej związana z emisją dwutlenku węgla, o której już wielokrotnie w naszym serwisie pisaliśmy, więc tym razem temat tylko przypominamy, choć w zgodnej opinii ekspertów jest on kwestią fundamentalną. Jeśli jednak nie uda się wywalczyć większych limitów, to chemiczna działalność nad Wisłą przestanie mieć ekonomiczny sens. Niestety, szkoda tylko, że polska prezydencja w UE kompletnie nie podnosi tego zagadnienia.

Zapytać można, dlaczego to ma się nie opłacać u nas, a opłacać gdzie indziej w Europie? Ano dlatego, że polska gospodarka oparta jest na wysokoemisyjnym pod względem CO2 węglu, a np. gospodarka niemiecka nie jest, bo tam się już węgiel po prostu skończył. Warto przy tym dodać, że energia do wytworzenia, której potrzeba węgla jest zdecydowanie tańsza niż ta bazująca na wielu nowych technologiach. Tak więc w przyszłości firmy będą musiały z jednej strony wypracowywać zyski na inwestycje, a z drugiej mieć jeszcze pieniądze na dokupienie praw do emisji CO2. Dobrze to nie wróży.

Niejako na marginesie warto zegzemplifikować rozważania dotyczące wpływu transnarodowej legislacji na polską chemię obrazem Zakładów Azotowych Kędzierzyn.

Kilka lat temu Komisja Europejska narzuciła na ZAK obowiązek zamknięcia dotychczasowej instalacji do produkcji kwasu azotowego. Powód? Wysoce negatywny wpływ na środowisko. W samym środku szalejącego kryzysu ZAK musiał więc znaleźć 350 mln zł, by wybudować nową instalację, jeśli chciał dalej produkować kwas azotowy. W 2008 r., gdy wszyscy cięli koszty, wyłożenie takiej kwoty na „być albo nie być” stało się niebagatelnym wydatkiem. Ostatecznie w ubiegłym roku ZAK oddał do użytku nową instalację, ale oczywiste jest, że wydatek 350 mln zł musi w perspektywie przynajmniej krótkookresowej odbijać się na aktualnej kondycji firmy. A zamiast wydawać pieniądze na gonienie konkurencji trzeba je przeznaczać na odtwarzanie tego, co i tak już było.

Konsolidacja branży
Od co najmniej dwóch dekad toczy się w polskiej chemii dyskusja o kształcie jaki powinna ona przybrać, by optymalnie dopasować się do wymogów zglobalizowanej gospodarki oraz o strategii wedle jakiej ma być ona unowocześniana.

Nie czas teraz na przytaczanie poszczególnych kolei losu w tym zakresie, wspominanie roli Zjednoczenia Petrochemicznego, Wielkiej Syntezy Chemicznej, Nafty Polskiej. Wystarczy tylko przywołać słowa obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada, który stwierdził, że „było już wiele strategii dla polskiej chemii, a ich wspólną cechą było to, że żadna nie została wprowadzona w życie”.

W każdym razie jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że wszystkie polskie firmy chemiczne w porównaniu z europejskimi są niestety małe. Wielkość sprzedaży większości z nich wynosi około 2 mld euro, tymczasem znawcy przyznają, że spółka chcąca liczyć się na rynku europejskim powinna mieć sprzedaż rzędu co najmniej 5 mld euro. Wystarczy tylko nadmienić, że polskie firmy chemiczne notują łączne obroty w wysokości ok. 12,5 mld euro, podczas gdy w dziesiątce największych europejskich firm chemicznych nie ma ani jednej, której przychody byłyby mniejsze niż 15 mld euro. Obecnie największymi producentami chemikaliów w Europie są Włochy, Francja, Niemcy i Wielka Brytania. Produkcja polska to jedynie 2 proc. rynku europejskiego. To tylko unaocznia poziom peryferyjności polskiej chemii w zestawieniu wyłącznie z Europą, a co dopiero światem. Tymczasem jeśli Polska nie chce być w przyszłości „małym krajem, starych i schorowanych ludzi”, to musi mieć silny przemysł, także chemiczny.

Przy czym zdaniem ekspertów, np. z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego potrzebne jest mu przejście od produkcji chemikaliów bazowych na produkty o większej wartości dodatkowej.

Strategią mająca w tej chwili najwięcej zwolenników jest konsolidacja branży. Stąd też ubiegłoroczne połączenie Tarnowa z Kędzierzynem zostało tak dobrze przyjęte i z takimi samymi nadziejami wita się możliwość przejęcia Polic przez Azoty.

Pytanie tylko, kto miałby owej dalszej konsolidacji wymagającej przecież ogromnych nakładów dokonywać?

Azoty Tarnów już przecież dalszego wysiłku finansowego raczej nie podejmą, a przejęcie gdańskich Fosforów przez Puławy to jednak rzecz zdecydowanie mniejszego kalibru, tym bardziej, że było to nabycie firmy, która i tak wcześniej należała już do Ciechu. I jeszcze drugie pytanie. Czy faktycznie jeśli połączy się kilka małych firm w jeden organizm, to ten nowy podmiot będzie nie tylko większy, ale przede wszystkim efektywniejszy w działaniu?

A może prywatyzować?
Oczywiście jest to droga, której naturalność nasuwa się sama przez siebie, problem tylko w tym, że chętnych do tego, by na poważnie prywatyzować rodzimą chemię nie ma, a przynajmniej przez szereg lat nie było, pomimo prób znalezienia przez Skarb Państwa takich inwestorów.

Niestety branża chemiczna traktowana była jako przestarzała i potrzebująca inwestycji, a w dodatku niepewna z uwagi na wspominane już zawiłości środowiskowe. Z drugiej jednak strony zużycie chemikaliów na głowę mieszkańca w Polsce należy do najniższych w Unii Europejskiej, co oznacza bardzo perspektywiczny – nie tylko z racji tworzących go 38 mln mieszkańców, ale i wciąż wysoce nienasycony rynek zbytu.

Skoro jednak takich kupców od dawna nie ma, a ci którzy się pojawiali byli raczej efemerydami, to należy pogodzić się z aktualnym stanem i przy nim pozostać. Bo gdyby teraz się takowi nabywcy pojawili, to właśnie ten fakt powinien budzić czujność i poważne wątpliwości co do tego, czy sprzedaż Ciechu lub Puław - Tarnów do stycznia przyszłego roku ma być wedle rządowych zapewnień „nie do ruszenia” - miałaby uzasadnienie ekonomiczne.

W sytuacji, gdy tak jak już wspomnieliśmy, to prywatyzacja może stać się jedną z podstawowych metod ratowania państwowego budżetu, niemożliwym byłoby uzyskanie za wymienione firmy odpowiedniej ceny i każdy potencjalny negocjator wiedziałby, że prowadzi rozmowy z partnerem, który po prostu musi sprzedać. Jeśli zatem jesienią pojawią się głosy obwieszczające możliwość sprzedaży wymienionych firm, to trzeba je będzie przede wszystkim interpretować wedle zaprezentowanego klucza. Tak samo jak zupełnie bez sensu byłoby sprzedawanie państwowych firm również państwowym, tyle tylko, że zagranicznym. A sygnały o takim zainteresowaniu od czasu do czasu pojawiają się.


Czytaj więcej:
Analiza 508
Rynek 1398
Prawo 514