1 mln zł kary dla firmy składującej odpady w Zgierzu?

- Nie stwierdzono oddziaływania promieniotwórczego. Badania powietrza, również jakościowe, bezpośrednio nad dymami wykazały związki charakterystyczne dla spalania tworzyw sztucznych. Oddziaływanie na wody powierzchniowe wynikało z prowadzenia akcji gaśniczych. Wszystkie wody, które były wykorzystywane do akcji, przepłukiwały tę masę odpadów, były ujmowane przez sieć kanalizacji deszczowej i wprowadzane do rzeki Wrzącej. Rzeka wraz z upływem czasu już ustabilizowała swój stan fizykochemiczny. Badania jakości gleb stwierdzają obecność różnych związków, ale nie mają swojego źródła w pożarze - powiedział Piotr Maks z Łódzkiego Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

Przebadano również uprawy z okolicznych gospodarstw rolnych, w tym owoce i warzywa. - W owocach, które akurat dojrzały i były zbierane, potem sprzedawane i spożywane przez ludzi, nie nastąpiła absorpcja do środka. Jeżeli cokolwiek się znajdowało, to tylko na powierzchni roślin, którą i tak myjemy - powiedziała Urszula Sztuka-Polińska z Państwowego Wojewódzkiego Inspektoratu Sanitarnego w Łodzi.

Ewentualne zdrowotne zagrożenia dla mieszkańców Zgierza monitoruje też Narodowy Fundusz Zdrowia w Łodzi. Do tej pory nie odnotowano jednak żadnych odbiegających od normy wyników. Kontrola będzie kontynuowana jeszcze przez trzy miesiące.

"Czuję się poszkodowany"

Prezes firmy składującej odpady, w rozmowie z reporterem Radia Łódź podkreślił, że nie ma sobie nic do zarzucenia, gdyż sam stracił cały majątek i dlatego w sprawie pożaru złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Firma wydała też komunikat medialny.

- Spalił się cały mój majątek, który tam posiadałem i surowce do produkcji, które tam gromadziłem. To nie były żadne nielegalnie gromadzone surowce, tylko takie, które posiadałem na podstawie umów i decyzji środowiskowych. Prezes zapewniał, że to nie jego przedsiębiorstwo stoi za ewentualnym podpaleniem. Podkreśla jednocześnie, że wysypisko nie było nielegalne, a po 28 kwietnia, kiedy wygasły wszystkie pozwolenia, na teren Boruty nie dostarczano już śmieci.

- Od 28 kwietnia nie przyjąłem ani kilograma odpadów. Wcześniej złożyłem wszystkie wymagane prawem wnioski o decyzje środowiskowe. Z racji walki politycznej i sytuacji jaka występuje w urzędach w Zgierzu to wszystko miałem blokowane. Byłem osaczany przez kontrole z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, Państwowej Straży Pożarnej. Te kontrole wytknęły mi jakieś drobne zaniedbania, ale nie były to straszne rzeczy.

Prezes podkreślał zarazem, że jest w trakcie budowy maszyny do przetwórstwa surowców, które składował na wysypisku. Jak zapewnia, na ich utylizację, zgodnie z przepisami, miał trzy lata.

- W momencie kiedy budowałem maszyny do przetwórstwa odpadów a sytuacja była dla mnie w miarę korzystna, sprowadzałem te odpady, żeby je zmagazynować i żeby w momencie uruchomienia maszyn nie zajmować się już zakupem tylko zacząć je recyklingować.

- Na recykling tych odpadów, które sprowadziłem w ciągu ostatniego roku mam trzy lata zgodnie z prawem, w związku z tym nie obawiałem się tego, że cokolwiek będzie nie tak. Dodatkowo mam podpisane umowy z wszystkimi dostawcami, którzy mi przysyłali [odpady] z zagranicy, biorące pod uwagę przepisy dotyczące transgranicznego przemieszczania odpadów zgodne z konwencją bazylejską, gdzie wszyscy dostarczający odpady mieli pełną świadomość, że jestem w trakcie budowy tej linii.

- Zobowiązywali się, że jeżeli w ciągu trzech lat te odpady nie zostaną u mnie przetworzone, do odbioru na swój koszt tych odpadów do krajów, z których zostały one dostarczone, tak że ja nie byłem w żaden sposób zainteresowany tym co się stało. To jest ewidentna nagonka i jakaś odgórna robota – podkreślał prezes w rozmowie z Piotrem Krysztofiakiem z Radia Łódź.

Źródła: Radio Łódź, TVN24, PolsatNews, Dziennik Łódzki