Drukuj

Wielki problem Warszawy z odpadami

Warszawa ma poważne problemy z wprowadzeniem unijnych przepisów dotyczących segregacji śmieci.

Rocznie każdy z mieszkańców stolicy produkuje około 400 kg odpadów, z których zaledwie 2 proc. trafia do recyclingu. W świetle dyrektyw Unii Europejskiej, władze miasta mają dwa lata na znalezienie rozwiązań zwiększających odsetek śmieci poddawanych odzyskowi do 25 proc.

Zaktualizowany na lata 2012-2015 Wojewódzki Plan Gospodarki Odpadami dla Mazowsza alarmuje, że aż 83 proc. wytwarzanych odpadów komunalnych deponowanych jest na składowiskach bez jakiegokolwiek przetworzenia.

Segregacja śmieci umożliwiająca wybranie takich materiałów jak szkło lub papier, które powinny trafić do ponownego przetworzenia oraz skierowanie odpadów biodegradowalnych do nowoczesnych kompostowni, to praktycznie jedyna, obok spalarni, alternatywa na zmniejszenie objętości składowisk.

Gdy połączymy to z katastrofalną sytuacją związaną z zamknięciem dla warszawskich śmieci wysypiska w Mławie oraz rychłym wyczerpaniem możliwości składowania śmieci w podwarszawskiej Łubnej, to okazuje się, że Warszawę czeka poważny paraliż w gospodarowaniu odpadami. Wysokie koszty związane z wywożeniem śmieci ze stolicy do zakładów zlokalizowanych z dala od Warszawy natychmiast odbiją się na zasobności portfela przeciętnego mieszkańca tego województwa.

- Niewykluczone, że Marszałek województwa mazowieckiego wraz z wojewodą mazowieckim i generalnym dyrektorem ochrony środowiska chcą powołać specjalny sztab antykryzysowy, którego celem miałoby być egzekwowanie od wszystkich jednostek samorządowych województwa mazowieckiego konkretnych rozwiązań wspierających działania w zakresie ograniczania kierowania na składowiska odpadów komunalnych niesegregowanych i nie przetworzonych - mówi Michał Mystkowski z firmy Energoutech Kawęczyn, która zajmuje się m.in. zagospodarowaniem odpadów biodegradowalnych

Oznacza to konieczność powstawania nowych zakładów sortujących śmieci i specjalistycznych kompostowni materiałów biodegradowalnych. Tyle, że wiele gmin na to nie stać. Będą musiały zatem poszukiwać partnerów prywatnych i wyznaczać lokalizacje na tego typu działalność w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego.

I tu pojawia się kolejny problem związany z dużym prawdopodobieństwem wywołania przez samorządy niezadowolenia społecznego i utraty poparcia politycznego wśród swoich wyborców. - Musimy sobie wszyscy uzmysłowić, że Mazowsze stoi w obliczu katastrofy. W świetle nowelizacji prawa w zakresie gospodarki odpadami, oddającej kontrolę nad odpadami samorządom lokalnym, już dziś muszą one wypracować narzędzia, które pozwolą na skuteczne radzenie sobie z problemem wytwarzanych odpadów. Opieszałość władz w tym zakresie skończy się karami finansowymi nakładanymi na samorządy, albo bardzo wysokimi kosztami odbioru i transportu odpadów do zakładów zlokalizowanych w dużej odległości. Za wszystko jednak przyjdzie zapłacić właśnie wyborcom i lasom - przestrzega dr inż. Andrzej Skalmowski z Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej.

Problem niedoboru tego typu zakładów dotyczy zresztą całej Polski. Z danych Ministerstwa Środowiska wynika, że na terenie naszego kraju działa około 30 sortowni i 60 kompostowni. To zdecydowanie za mało.

- Z punktu widzenia przedsiębiorcy dostrzegam wolę współpracy ze strony samorządów - mówi Paweł Markiewicz, wiceprezes zarządu Energoutech Kawęczyn. - Jednak nie idą za tym konkretne działania. Z jednej strony spotykamy się z opieszałością decyzyjną, z drugiej z brakiem wsparcia w prowadzeniu konsultacji społecznych związanych z uruchomieniem tego typu inwestycji w nowych lokalizacjach. Samorządy boją się podejmować decyzji, które są konieczne, ale mogą nie spodobać się elektoratowi - podsumowuje prezes Markiewicz.

Zostały więc niecałe dwa lata na przekonanie Komisji Europejskiej, że zastosowane w naszym kraju rozwiązania doprowadziły do zwiększenia odsetku śmieci poddawanych odzyskowi do 25 proc. W przeciwnym razie Europejski Trybunał Sprawiedliwości może nałożyć na Polskę karę finansową w wysokości od 3,5 mln do 10,5 mln euro. Za rażące naruszenia dyrektyw unijnych w tym zakresie grozi nam również kara dodatkowa w wysokości nawet do 100 mln euro rocznie.