Drukuj

Polskie firmy chemiczne nie radzą sobie z wolnym rynkiem?

Polskie firmy chemiczne mają kłopoty ze sprostaniem wymaganiom, które stawia gospodarka rynkowa. Są mało elastyczne. Nie potrafią sobie radzić w sytuacji nagłego spadku marż. Powinny mieć większą niż obecnie gamę produktów - czytamy w tekście opublikowanym przez Wirtualny Nowy Przemysł.
Serwis Plastech.pl prezentuje w całości artykuł opublikowany na stronach WNP.

Produkcja chemikaliów to jeden z najbardziej dochodowych biznesów. Jednak sporo polskich firm chemicznych boryka się z poważnymi problemami. Specjaliści są zgodni: mimo że od upadku gospodarki zdalnie sterowanej minęło 18 lat, wciąż znaczna część branży nie dostosowała się do rynku.

Przemysł chemiczny jest w krajach rozwiniętych jednym z kół napędowych gospodarki. Przeciętna produkcja zakładów wielkiej syntezy chemicznej sięga w nich około 10-11 proc. wartości całej produkcji przemysłowej. W Polsce to tylko 4 proc., nic więc dziwnego, deficyt w handlu chemikaliami stale się powiększa. Jeszcze w 2004 roku wynosił on około 5 mld euro. W 2005 r. sięgnął już 6,7 mld, w ubiegłym najprawdopodobniej przekroczył znacznie 7 mld. Niestety, nic nie wskazuje, że może być lepiej.

Wśród wielu bolączek naszych firm chemicznych, jedną z głównych jest mała elastyczność wobec zmian na rynku. Efekt jest taki, że gdy na jakiś produkt zmniejsza się zapotrzebowanie i spada marża, polskie firmy popadają w tarapaty.

- Przykładem może być biel tytanowa, produkowana przez Zakłady Chemiczne Police. Gdy okazało się, że marża na niej jest mała, Police znacząco pogorszyły swoje wyniki finansowe - mówi Kamil Kliszcz, analityk z Domu Inwestycyjnego BRE Banku.

- Firmy są mało elastyczne. Nie potrafią sobie radzić w sytuacji nagłego spadku marż. Powinny mieć większą niż obecnie gamę produktów. Nigdy przecież nie dzieje się tak, że wszystkie produkty tanieją jednocześnie. Niestety, aby mieć takie zabezpieczenia, konieczne są znaczne nakłady inwestycyjne. Ponieważ nie ma na nie środków, produkcja jest wąska i podatność na wstrząsy spowodowane dekoniunkturą duża - uważa doradca inwestycyjny Adam Ruciński z kancelarii audytorskiej Ruciński i Wspólnicy.

O jakie nakłady może chodzić? Duża instalacja do produkcji chemikaliów może kosztować setki milionów dolarów. Do tego często dochodzą koszty praw patentowych. Kwoty są więc niebagatelne.

Nic więc dziwnego, że polskie firmy chemiczne, poza nielicznymi wyjątkami, prawie nie inwestują. Najczęściej nie mają na to pieniędzy. A jeżeli już je mają, to nie potrafią ich sensownie wydać.

Analitycy zarzucają zakładom w Policach i Puławach, że mimo ściągnięcia z rynku setek milionów złotych, do dziś nie stworzyły planów, co z tą gotówką zrobić. O tym, że brak inwestycji jest sporym problemem, mówi się w branży już od wielu lat. Na mówieniu się kończy.

Kolejnym problemem jest to, że nawet jeśli któraś z firm ma potencjał rozwojowy, to rzadko z niego korzysta. Przykładem jest wydłużanie łańcuchów produktowych. Zasada jest bowiem prosta - na produktach wysokoprzetworzonych zarabia się najlepiej. Tymczasem regułą są stosunkowo krótkie łańcuchy produkcyjne (nie jest to zresztą specyfika wyłącznie przemysłu chemicznego). Wyjątkiem jest rozwiązanie zastosowane w Zakładach Azotowych Puławy.

Czytaj więcej: Analiza 200