Drukuj

Polski przemysł chemiczny w Międzynarodowym Roku Chemii

Wiadomo, że gaz pozyskujemy z Rosji. I realia są takie, że za sprawą wynegocjowanej nie tak dawno temu przez rząd Platformy Obywatelskiej umowy Polska zapłaci za tysiąc metrów sześciennych 336 dolarów, podczas gdy np. Francja płaci 306 dolarów, Rumunia 304 dolary, Niemcy 271 dolarów, a Wielka Brytania 191 dolarów. Przy czym koniecznie trzeba wyjaśnić, że na cenę gazu wpływa w głównej mierze koszt surowca – teoretycznie winien on być równy dla wszystkich, jak również jego przesył – co z oczywistych względów powinno oznaczać, że dla korzystającej z najkrótszego przesyłu Polski winien on być najniższy.

Tymczasem płacimy o wiele więcej niż kraje zdecydowanie bardziej wysunięte na zachód, co w odniesieniu do „serdecznej przyjaźni”, jaka połączyła niedawno nasze kraje brzmi cokolwiek zdumiewająco i raz jeszcze potwierdza tezę, że gaz jest w przypadku Rosji elementem przynależnym do polityki, a nie do biznesu. O talentach polskich negocjatorów lepiej milczeć.

Innym uwarunkowaniem zewnętrznym jest także rygorystyczna polityka środowiskowa Unii Europejskiej związana z emisją dwutlenku węgla, o której już wielokrotnie w naszym serwisie pisaliśmy, więc tym razem temat tylko przypominamy, choć w zgodnej opinii ekspertów jest on kwestią fundamentalną. Jeśli jednak nie uda się wywalczyć większych limitów, to chemiczna działalność nad Wisłą przestanie mieć ekonomiczny sens. Niestety, szkoda tylko, że polska prezydencja w UE kompletnie nie podnosi tego zagadnienia.


Zapytać można, dlaczego to ma się nie opłacać u nas, a opłacać gdzie indziej w Europie? Ano dlatego, że polska gospodarka oparta jest na wysokoemisyjnym pod względem CO2 węglu, a np. gospodarka niemiecka nie jest, bo tam się już węgiel po prostu skończył. Warto przy tym dodać, że energia do wytworzenia, której potrzeba węgla jest zdecydowanie tańsza niż ta bazująca na wielu nowych technologiach. Tak więc w przyszłości firmy będą musiały z jednej strony wypracowywać zyski na inwestycje, a z drugiej mieć jeszcze pieniądze na dokupienie praw do emisji CO2. Dobrze to nie wróży.

Niejako na marginesie warto zegzemplifikować rozważania dotyczące wpływu transnarodowej legislacji na polską chemię obrazem Zakładów Azotowych Kędzierzyn.

Kilka lat temu Komisja Europejska narzuciła na ZAK obowiązek zamknięcia dotychczasowej instalacji do produkcji kwasu azotowego. Powód? Wysoce negatywny wpływ na środowisko. W samym środku szalejącego kryzysu ZAK musiał więc znaleźć 350 mln zł, by wybudować nową instalację, jeśli chciał dalej produkować kwas azotowy. W 2008 r., gdy wszyscy cięli koszty, wyłożenie takiej kwoty na „być albo nie być” stało się niebagatelnym wydatkiem. Ostatecznie w ubiegłym roku ZAK oddał do użytku nową instalację, ale oczywiste jest, że wydatek 350 mln zł musi w perspektywie przynajmniej krótkookresowej odbijać się na aktualnej kondycji firmy. A zamiast wydawać pieniądze na gonienie konkurencji trzeba je przeznaczać na odtwarzanie tego, co i tak już było.

Konsolidacja branży
Od co najmniej dwóch dekad toczy się w polskiej chemii dyskusja o kształcie jaki powinna ona przybrać, by optymalnie dopasować się do wymogów zglobalizowanej gospodarki oraz o strategii wedle jakiej ma być ona unowocześniana.

Nie czas teraz na przytaczanie poszczególnych kolei losu w tym zakresie, wspominanie roli Zjednoczenia Petrochemicznego, Wielkiej Syntezy Chemicznej, Nafty Polskiej. Wystarczy tylko przywołać słowa obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada, który stwierdził, że „było już wiele strategii dla polskiej chemii, a ich wspólną cechą było to, że żadna nie została wprowadzona w życie”.