Drukuj

Polski przemysł chemiczny w Międzynarodowym Roku Chemii

W każdym razie jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że wszystkie polskie firmy chemiczne w porównaniu z europejskimi są niestety małe. Wielkość sprzedaży większości z nich wynosi około 2 mld euro, tymczasem znawcy przyznają, że spółka chcąca liczyć się na rynku europejskim powinna mieć sprzedaż rzędu co najmniej 5 mld euro. Wystarczy tylko nadmienić, że polskie firmy chemiczne notują łączne obroty w wysokości ok. 12,5 mld euro, podczas gdy w dziesiątce największych europejskich firm chemicznych nie ma ani jednej, której przychody byłyby mniejsze niż 15 mld euro. Obecnie największymi producentami chemikaliów w Europie są Włochy, Francja, Niemcy i Wielka Brytania. Produkcja polska to jedynie 2 proc. rynku europejskiego. To tylko unaocznia poziom peryferyjności polskiej chemii w zestawieniu wyłącznie z Europą, a co dopiero światem. Tymczasem jeśli Polska nie chce być w przyszłości „małym krajem, starych i schorowanych ludzi”, to musi mieć silny przemysł, także chemiczny.

Przy czym zdaniem ekspertów, np. z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego potrzebne jest mu przejście od produkcji chemikaliów bazowych na produkty o większej wartości dodatkowej.

Strategią mająca w tej chwili najwięcej zwolenników jest konsolidacja branży. Stąd też ubiegłoroczne połączenie Tarnowa z Kędzierzynem zostało tak dobrze przyjęte i z takimi samymi nadziejami wita się możliwość przejęcia Polic przez Azoty.


Pytanie tylko, kto miałby owej dalszej konsolidacji wymagającej przecież ogromnych nakładów dokonywać?

Azoty Tarnów już przecież dalszego wysiłku finansowego raczej nie podejmą, a przejęcie gdańskich Fosforów przez Puławy to jednak rzecz zdecydowanie mniejszego kalibru, tym bardziej, że było to nabycie firmy, która i tak wcześniej należała już do Ciechu. I jeszcze drugie pytanie. Czy faktycznie jeśli połączy się kilka małych firm w jeden organizm, to ten nowy podmiot będzie nie tylko większy, ale przede wszystkim efektywniejszy w działaniu?

A może prywatyzować?
Oczywiście jest to droga, której naturalność nasuwa się sama przez siebie, problem tylko w tym, że chętnych do tego, by na poważnie prywatyzować rodzimą chemię nie ma, a przynajmniej przez szereg lat nie było, pomimo prób znalezienia przez Skarb Państwa takich inwestorów.

Niestety branża chemiczna traktowana była jako przestarzała i potrzebująca inwestycji, a w dodatku niepewna z uwagi na wspominane już zawiłości środowiskowe. Z drugiej jednak strony zużycie chemikaliów na głowę mieszkańca w Polsce należy do najniższych w Unii Europejskiej, co oznacza bardzo perspektywiczny – nie tylko z racji tworzących go 38 mln mieszkańców, ale i wciąż wysoce nienasycony rynek zbytu.

Skoro jednak takich kupców od dawna nie ma, a ci którzy się pojawiali byli raczej efemerydami, to należy pogodzić się z aktualnym stanem i przy nim pozostać. Bo gdyby teraz się takowi nabywcy pojawili, to właśnie ten fakt powinien budzić czujność i poważne wątpliwości co do tego, czy sprzedaż Ciechu lub Puław - Tarnów do stycznia przyszłego roku ma być wedle rządowych zapewnień „nie do ruszenia” - miałaby uzasadnienie ekonomiczne.

W sytuacji, gdy tak jak już wspomnieliśmy, to prywatyzacja może stać się jedną z podstawowych metod ratowania państwowego budżetu, niemożliwym byłoby uzyskanie za wymienione firmy odpowiedniej ceny i każdy potencjalny negocjator wiedziałby, że prowadzi rozmowy z partnerem, który po prostu musi sprzedać. Jeśli zatem jesienią pojawią się głosy obwieszczające możliwość sprzedaży wymienionych firm, to trzeba je będzie przede wszystkim interpretować wedle zaprezentowanego klucza. Tak samo jak zupełnie bez sensu byłoby sprzedawanie państwowych firm również państwowym, tyle tylko, że zagranicznym. A sygnały o takim zainteresowaniu od czasu do czasu pojawiają się.